Było to, powiem wam, nie tak znowu dawno temu, kiedy smolarze w Bieszczadach węgiel robili, aż las dudnił. Czarna robota, ale złotem pachniała, bo taki smolarz, choć umazany od czubka głowy po pięty, to przy wypłacie miał więcej forsy niż sklepowa przez cały rok i jeszcze nauczyciel razem wzięty.
No i jak przyszła pora wypłaty, chłopaki naradzili się:
– A co my tu w lesie będziemy, chodźta, do Ustrzyk pojedziem!

Wsiedli na furki, na ciężarówki, a jeden to nawet mówił, że na piechotę pójdzie, byle prędzej do lokalu „Pulpit”. Bo tam to się działo! Muzyka, kucharki rumiane, flaszki na półkach błyszczą, aż oczy mrużyć trzeba.
Smolarze weszli do środka, rzucili kufajki na ławę, a kelner – taki gładki, w białej koszuli – pyta nieśmiało:
– Panowie, co podać?

A tu najstarszy, co zawsze gadał krótko, ale tak, że aż w trzewiach dudniło, powiada:
– Słuchaj, synek. Powiedz nam: ile kosztuje wszystko, co tu masz?
– Wszystko? – zdziwił się kelner. – Nawet te koniaki na górnej półce?
– Te najbardziej! – zakrzyknęli chórem smolarze. – Wszystko!
Kelner, powiem wam, blady się zrobił jak kreda. Liczył, mnożył, dodawał, jeszcze podbił rachunek „na wszelki wypadek”, bo myślał, że smolarze żartują. A tu chłopy – jakby nigdy nic – buch! Na stół górę banknotów rzucili, że aż powietrze zawiało.

– Starczy? – pytają. – To wypieprzaj, chłopcze, a kucharki niech zostaną!
No i hulali, hulali. Trzy dni i trzy noce. Muzyka rżnęła, kucharki tańcowały, pierogi i kiełbasy znikały w takim tempie, że piec się pocił. A flaszki? E, flaszki szły jak woda w Sanie, tylko chlup i chlup!

Mówią ludzie, że cała okolica słyszała, jak Pulpit dudnił od śpiewów. A kiedy trzeciego dnia smolarze wstali od stołu, przeciągnęli się, zapalili fajki, to tylko mruknęli:
– No, dosyć tego dobrego. Czas do roboty.
I poszli z powrotem w góry, jakby nigdy nic, zostawiając po sobie tylko echo i wspomnienia, że takiej hulanki w Ustrzykach ani przedtem, ani potem już nie było.
A jeśli chcecie więcej takich historii posłuchać – nie z książek, nie z papierów, ale z żywego słowa – to jedźcie do Ekomuzeum w Radoszycach. Tam stare gawędy jeszcze krążą między drzewami a Bartek Wrona opowiada jak to bywało w Bieszczadach.











